Jakub Małecki „Korowód” (fragment)

 

Korowód

„Korowód”
CZĘŚĆ I 

OSTATNI KROK

Przed siebie, w bieli po uda. Krok, krok, krok. Ma wodę w butach, w rękawach i za kołnierzem, na rękawicach lód. Widzi w powietrzu obydwa swoje słowa. 

– Niedaleko, przysięgam. 

Idą tak wolno, że czasem wydaje się, jakby stali. On, Paweł Wrona, czeladnik drukarski uchodzący przed wierzycielami na skutek niezręcznej karcianej pomyłki, i kobieta, której na imię Urszula i którą znalazł w śniegu. Mimo futra widać, co jej dolega prócz mrozu, niesie to przed sobą przez zasypany świat. 

Paweł nie wie, co w białej pustce robi ktoś o takiej twarzy i takich oczach, ktoś, kto układa słowa w tak eleganckie konstrukcje. Nie jego to rzecz, poprowadzi ją do karczmy i dalej może się dziać, co chce. Byle tu przy nim nie umarła, niech każdy umiera wedle siebie, jak mawiał jego ojciec.

Pieniądze przegrane w karty zwrócić naturalnie zamierzał, lecz kłopot w terminie – kilka partii pikiety albo chapanki i byłby znowu na swoim, ale oni w koło: już, zaraz, pożałujesz. 

Przypełzli do niego o świcie, Łupek i inni, ostrzem siekiery łaskotać chcieli i ledwie uszedł, przez okno, przez ogród. Konia ukradł Bartłomiejowi ze starszyzny cechowej, niech mu Bóg przebaczy, ale żeby nie ten koń, leżałby już urąbany przy drodze, a nie zdrowymi kulasami wędrował przez śnieg. O poranku kasztanowa bestia umknęła z powrotem, jak tylko Paweł zsiadł za potrzebą i w mrozie, w zawierusze, wypuścił lejce z rąk. 

Karczma powinna stać niedaleko, gdzieś tu, Staszek Kostka powiadał mu, że konno to dwie godziny równo na północny zachód od brzegu, nie sposób nie trafić. Paweł jechał godzinę, idzie blisko trzy. Igła w stogu siana, taka karczma pośrodku Bałtyku. 

Urszula mówi niewiele. Kiedy zapytał, dlaczego kuleje, odparła, że kuleje się z różnych przyczyn, ale zazwyczaj przez mężczyzn. A pośród mężczyzn, jak podpowiada jej obecnie doświadczenie, największe niebezpieczeństwo dla nóg stanowią przyszli ojcowie na saniach. Powtarzała jednak, że ma się nie obawiać, nic jej nie jest, a potem chwyciła ją niemoc i zabrała jej słowa. Z ust tylko stękanie.

Paweł wciska buty w skrzypiącą biel, porusza zmarzniętymi palcami. 

– Niedaleko, przysięgam. 

Śnieg całkiem przestał już sypać, oddycha się lepiej, ale i widać lepiej, Paweł obraca się, patrzy na wyraźne ślady sunące za nimi w przeszłość. Lepiej o tym nie myśleć. 

I wreszcie jest, zawieszona w bieli. Nazywa się Ostatni Krok, Paweł wie to z opowieści Staszka Kostki, nie z szyldu, bo szyld oblepiony śniegiem, jak wszystko. Postawiona na palach wbitych w lód, z podłogą trzy stopy nad powierzchnią stwardniałego Bałtyku. Ominąłby ją i przeszedł obok, żeby nie dąb, co go wbili w lód jako drogowskaz dla takich podróżnych jak on. 

Urszula kołysze się, ledwie dyszy, Paweł pcha drzwi do podsienia, tupią, wchodzą, tupią. Pachnie ludźmi i końmi. Paweł liczy oczy, które się ku nim zwracają, dwadzieścioro, nie, razem dwadzieścioro dwoje. Kupcy, wierzący, że w taką zimę podróżowanie przez płaskie morze jest bezpieczniejsze niż lądem. 

Paweł i Urszula upadają na ławę pod ścianą, karczmarz żąda, by pokazali pieniądze, a kiedy się to wreszcie, po wieczności macania kieszeni, Pawłowi udaje, przynosi im miód, wędzoną Słoninę i chleb. Palenisko pluje iskrami, drewno wokół jęczy tulone przez wiatr.

– Mówiłem, że niedaleko – mówi Paweł. 

Odwraca się ku Urszuli, ale ona patrzy w dół, rozstawia nogi, i słychać nagle, jak cała cieknie z siebie na podłogę. Te duże, ładne ślepia unoszą się i zatrzymują na nim, a on kręci głową, nie, nie, nie. Nawet nie spróbował słoniny. 

Zaraz piekło: krzyk, lżenie, drapanie ław o podłogę, kożuch przed palenisko, na kożuchu ona. Szybkie kroki ze stanu, kobieta w chuście, złorzecząca najbarwniej ze wszystkich, warstwy ubrania, płacz, nogi białe, wzrok Urszuli na nim. 

– Pan ją weźmiesz. 

Nie rozumie, a ona powtarza: 

– Pan ją weźmiesz. Gdyby mnie się coś… 

Potem ryczy, jej ciało w pałąk, uda białe, żona karczmarza między nimi, szuranie butów, chłopy pod ścianami, jak dzieci, krew na udach białych, wreszcie pisk, skrzek. Czerwone, śliskie życie. Dziewczynka. 

Wzrok Pawła zsuwa się po nadętym brzuszku i kopiących nogach, opada na podłogę, na kożuch i kobietę na nim. Milczącą, nieruchomą. Żona karczmarza opiera dłonie o mokre deski, a potem wstaje, obraca się wolno i odchodzi, spojrzeniem oskarżając go o to jedno, czemu akurat winien nie jest. 

Urszula, którą znalazł w śniegu, nie oddycha. 

Wtedy słychać z podsienia głosy, te głosy, o które przez całą drogę Boga prosił, by ich słyszeć nie musiał: Łupek i inni. Przyjechali tu za nim, po śladach, i taki właśnie jest kres Pawła Wrony, syna Zygmunta, który przeżył dziewiętnaście wiosen. Przyjdzie mu paść pod siekierą. 

Tymczasem chłopy w karczmie już radzą, co zrobić z takim wrzeszczącym pędrakiem bez ojca i matki, a Paweł wie, skądś wie, co się zdarzy. Jeśli dziewczynkę zostawi, ta umrze tutaj, na zamarzniętym Bałtyku, roku Pańskiego 1549, swojego pierwszego dnia życia, otoczona oddechami z piwa i słoniny. 

Głosy, krzyk dziecka, tupanie. Wiatr, drewno. Owija dziewczynkę w szmaty ściągnięte naprędce z jej matki, szybciej, szybciej, już słyszy, jak otupują buty, zaraz tu będą, więc w przeciwną stronę, do stanu, gdzie poi się osiem zmęczonych koni, każdy przywiązany, a dwóch mężczyzn sypie do wiadra obroku, drzwi za Pawłem walą o ścianę, nie zdąży odwiązać lejców, więc tylko spogląda w oczy pięknemu gniadoszowi, mocniej przytula dziewczynkę do piersi i wybiega z nią w biel.
Cytat: Korowóds. 11–15.
Wydawnictwo: SQN, 2024
Stron: 256

Komentarze

Popularne posty