Tomasz Organek „Teoria opanowywania trwogi”
Szła zima i było ciemno. Sny o potędze, sny niespełnione, sny dzienne, niedospane w nocy, niedostępne na jawie sny o sensie lub świętym spokoju zstępowały z pięter gasnących biurowców zimną mgłą na parter, żeby już na ulicy, ośmielone mrokiem, wtulać się w postawione na sztorc kołnierze przechodniów.
Borys już dawno zapomniał o swoich snach o potędze… Wylany z pracy marzył tylko o tym, by się napić… I wtedy los (w piątek o osiemnastej) postawił mu na drodze Anetę, niespełnioną miłość sprzed lat, nie bez powodu z przekąsem nazywaną przez niego Nietą.
To niespodziewane spotkanie zaowocuje wspólną podróżą, będącą próbą ucieczki od zgiełku wielkiego miasta i jego szarej codzienności, pełnej kłopotów i rozczarowań. Bohaterowie nie wiedzą jednak, że droga, którą razem podążają, poprowadzi ich w głąb samych siebie, boleśnie obnażając przy tym fakt, iż obydwoje tkwią w szponach marazmu, z którego nie potrafią się wydostać.
Muszę
przyznać, że byłam bardzo ciekawa debiutanckiej książki Tomasza Organka
pod zagadkowym tytułem Teoria opanowywania trwogi – i nie zawiodłam
się!
Powieść przykuwa uwagę oryginalnym językiem i nietuzinkowym sposobem obrazowania, pełno w niej aluzji oraz odwołań literackich, jak również trafnych przemyśleń i krytycznego spojrzenia na wiele istotnych spraw dotyczących współczesnej rzeczywistości. A czyta się ją świetnie, nie brakuje w niej bowiem fragmentów doprowadzających czytelnika do śmiechu, wzruszenia oraz refleksji nad ludzkim losem i naszymi wyborami życiowymi.
Zatem…
Panie Tomaszu, nie dość, że jest Pan utalentowanym muzykiem i wokalistą, to jeszcze świetnie Pan pisze! Gratuluję poczucia humoru, błyskotliwości i czekam na kolejne utwory – muzyczne i literackie!

Komentarze
Prześlij komentarz