Olgierd Langer „Problem trzech miseczek” (fragment)

Problem trzech miseczek

Teraz wracam do teorii problemu trzech miseczek. Zbliżam się do wyjaśnienia źródła tego problemu. Kiedy trzy nowe koty pojawiły się w domu, nauczyłem się kolejnej rzeczy. Rzeczy, o której – mimo że koci ze mnie świrus – żyjąc dotychczas tylko z jednym kotem w domu, nie wiedziałem. Byłem niestety ignorantem, jak się okazuje. Nie miałem pojęcia, że trzy koty, a zwłaszcza rodzeństwo, mogą mieć tak drastycznie różne osobowości. Czasem mam wrażenie, że to są po prostu różne gatunki zwierząt.
Lemmy, pierwszy wybrany przez Anię, jest czarny tak samo jak Ozzi. Jest największy, najcięższy i najbardziej wyluzowany. Myślę, że mógłby być umieszczony w encyklopedii pod hasłem „luzak". Najczęściej śpi na plecach, pokazując całemu światu swój brzuszek ze śmiesznym przedziałkiem w futerku. Trochę wygląda przy tym jak lekko wcięty, śpiący na chodniku, uśmiechnięty menel. Jeden kiełek ukruszony po skoku z wysokości na mokre kafelki, kilka ząbków (siekaczy) nieobecnych. Błogi wyraz pyszczka i kompletne ignorowanie otoczenia. Odkurzacz czy młynek do kawy nie są w stanie zakłócić jego snu. Jedyne, co go budzi, nawet gdy w domu hałasuje pralka, a odgłos do wychwycenia jest ledwo słyszalny, to dźwięk podnoszonej z ziemi miseczki. Znak, że będzie jedzenie.
Lemmy uwielbia jeść. Jest jak przemysłowy odkurzacz włączony na maksymalną siłę ssania. Jedzenie jest wprost anihilowane. Nim rodzeństwo skończy obwąchiwać swoje porcje, Lemmy wylizuje dno swojej miseczki i łakomym wzrokiem patrzy na miseczki rodzeństwa, jeżeli te znajdują się w zasięgu jego wzroku. Nie jest przy tym otyły. Tak, jest potężnie zbudowany i chodzi, lub raczej zagarnia przestrzeń, jak osiedlowy zakapior: szeroka klata, potężne bice (łapki), kołyszące się kroki – ale przy tym pozostaje szybki, zwinny i skoczny. Gdyby człowiek zjadał tyle, co Lemmy, pewnie bardziej by się toczył, niż chodził. Żarłok pozwala także na wszelkiego rodzaju interakcje ze swoją osobą. Można go miziać po brzuszku, nosić, trzymać za łapki czy ogon. Pozwala na wszystko. Sam również domaga się głaskania i uwagi, pomiaukując uporczywie i bodąc swoją ludzką ofiarę czarną główką. Zwłaszcza w porze karmienia.Księżniczka Lunka… Dla mnie najpiękniejsza i najmądrzejsza koteczka na świecie. Drobniutka, nawet można powiedzieć filigranowa, w porównaniu z bratem mniej więcej o połowę mniejsza. Koloru burego, z pięknym czarnym wzorkiem w kształcie diademu na głowie. Mała buzia, słodki nosek i wielkie, pełne inteligencji oczy. Lunka to prawdziwa księżniczka, mimo że znaleziona na działkach. Na pięciopiętrowym drapaku zawsze zajmuje najwyższą komnatę w najwyższej wieży. Sama decyduje, co, gdzie i kiedy będzie jadła. Wyznaje zasadę, że to miseczka musi znaleźć ją, a nie ona miseczkę. Trzeba po prostu odnaleźć miejsce w mieszkaniu, gdzie akurat księżna sprawuje władzę, i dostarczyć tam pożywienie. Może to być jeden z parapetów, może to być komnata drapaka na balkonie albo kanapa lub fotel. Alternatywą jest pozostawienie miseczki w miejscu centralnym, początkowo wyznaczonym na miejsce posiłków kotów, gdzie po prostu stanie się łupem Lemmy'ego.
Nikt nie jest w stanie zmusić Lunki, by zrobiła coś wbrew sobie. Głaszczesz ją, kiedy ona chce być głaskana. Czasem daje swój rozkoszny, cętkowany brzuszek, czasem nie. Czasem chce spać między naszymi poduszkami w łóżku, a czasem można ją zachęcać i wołać całkowicie bez odzewu. Potrafi godzinami wylegiwać się przytulona do syna i wpatrywać w niego z uwielbieniem, jak w swojego księcia. Mruczy tak cichutko, że trzeba przyłożyć do niej ucho, żeby usłyszeć jej dźwięki (w przeciwieństwie do Lemmy'ego, który mruczy jak traktor). Lunka także niczego się nie boi. Nie znam drugiej tak nieustraszonej małej istotki jak ona. Bez strachu i chwili wahania podejmuje walkę z bratem, przypominam, że prawie dwa razy cięższym. I to ona częściej wychodzi z tych pojedynków zwycięsko. Oczywiście te bójki nie są zbyt brutalne ani zaciekłe, to raczej kwestia ustalania co jakiś czas swojej pozycji w domowej hierarchii.Przeciwieństwem Lemmy'ego jest trzeci z rodzeństwa, czyli kocurek Leo. Nieśmiały, chudziutki. Wzrostem może nawet przewyższa Lemmy'ego, ale wagą ustępuje mu o mniej więcej półtora kilograma. Jest przekochany i przeuroczy z tą swoją nieśmiałością. Jest też prześliczny: bury kotek w śnieżnobiałych skarpetkach i koszulce z prawdziwie kocimi oczami. (Lemmy, zapomniałem dodać, ma oczka jak dwa okrągłe guziki).
Leo nie chodzi, on sunie z gracją jak koci model na wybiegu. Jest giętki i wysportowany, szybki i precyzyjny, ale zawsze lekko przestraszony. Nie bez powodu, bo nigdy nie wiadomo, z której strony spadnie na niego zakapior Lemmy albo wojowniczka Lunka. Leo jest niesamowicie wybredny w kwestii jedzenia. I nie chodzi o to, co je, ale gdzie i w jakim towarzystwie. „Dziś będę jadł pod łóżkiem, nie, dziś będę jadł pod fotelem… A nie, zdecydowałem… będę jadł na balkonie. Nie, tu nie będę jadł, bo Lemmy na mnie patrzy". Przy czym wygląda to tak, że Leo wędruje po mieszkaniu, co chwilę obracając się do tyłu i sprawdzając, czy podążam za nim z miseczką. Można pomyśleć: „wariat". Znaczy nie Leo, tylko ja. Przecież jak kot zgłodnieje, to sobie sam miseczkę znajdzie i się naje.Ale w tym szaleństwie jest metoda. Jak wspomniałem wcześniej, Lemmy działa jak jedzeniowy anihilator. Gdybym zostawił miseczki w jednym miejscu, nim Leo dałby radę dwa razy liznąć swoją porcję, Lemmy zdążyłby już pochłonąć swój podwójny przydział i ruszyć na podbój miseczki przeznaczonej dla brata. Ponieważ Leo nie jest skory do konfrontacji, od razu porzuciłby swoją miseczkę i odszedł, patrząc na mnie smutnym, skrzywdzonym wzrokiem i pomiaukując cichutko. Mało tego, kiedy Lemmy skończy, Leo wróci i będzie ostentacyjnie wylizywał pustą miseczkę, wydając przy tym inne, łamiące serce miauknięcia.
Co zatem lepiej zrobić? Pospacerować po mieszkaniu za Leonem i dać mu we względnym spokoju zjeść czy po paru minutach patrzeć na ostentacyjne cierpienie, wstawać i nakładać nową porcję dla Leo, bo poprzednią wciągnął Lemmy? I to bez gwarancji, że drugą, Leonową porcję Lemmy oszczędzi. Wybieram pierwsze rozwiązanie jako bardziej optymalne pod każdym względem. Jedno nakładanie karmy do miseczek, Leo jedzący w miarę spokojnie i Lemmy zjadający dwie porcje zamiast trzech. Win-win, można powiedzieć.Leo, mimo nieśmiałości, jest także strasznie przymilnym kotkiem. Tak jak Lunka leży i patrzy na naszego syna Antka jak na swojego księcia, tak Leo uwielbia leżeć rozciągnięty wzdłuż nogi Ani (a jest tego pewnie z metr kota) i położyć głowę na jej udzie, by mogła miziać go po niezwykle kształtnej głowie. Leo to drugi mruczący traktor.
Mnie najczęściej zostaje do głaskania zakapior Lemmy. I to myślę, że głównie dlatego, że podczas choroby Ani przejąłem rolę dawcy jedzenia…Czas sformułować wreszcie problem trzech miseczek i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego warto go rozwiązywać wciąż od nowa.
Ogólna teoria opisująca problem trzech miseczekProblem: Jeżeli dzielisz swoje życie z trzema wspaniałymi łobuzami, z których każdy jest zdeklarowanym indywidualistą, to niezależnie od tego, jak małe masz mieszkanie, rano nie będziesz pamiętał, gdzie ostatniego wieczora spoczęły miseczki.
Szczególny przypadek problemu trzech miseczek, obejmujący zagadnienie relatywizmu czasu: Poranny czas na odszukanie miseczek będzie odwrotnie proporcjonalny do czasu, jakim rano dysponujesz. To jest dodatkowy efekt relatywistyczny, nieujęty w problemie podstawowym.
Problem ogólny daje się rozwiązać, korzystając z klasycznej, newtonowskiej fizyki. Mamy ograniczoną przestrzeń i poruszamy się systematycznie, przeszukując ją w nadziei, że wczoraj miseczka nie została wciągnięta przez pomysłowego malucha głębiej pod łóżko, tuż za granicę zasięgu ramion.Efekt relatywistyczny w problemie trzech miseczek objawia się zaś w postaci wrażenia, że im mniejszą ilością czasu dysponujesz o poranku, bo na przykład spieszysz się na spotkanie do pracy, tym czas ten biegnie szybciej, a przestrzeń mieszkania, którą musisz przeszukać, wydaje się rosnąć w nieskończoność.
Uzasadnienie, dlaczego warto ten problem rozwiązywać każdego ranka.Wyobraź sobie bardzo wczesne godziny poranne. Słońce ledwo, ledwo zaczyna zaznaczać swoją obecność. Jest jeszcze ciemno, właściwie jest jeszcze noc, ale już przez skórę czujesz, że zbliża się dzień. Obok śpi, oddychając spokojnie, ukochana osoba.
Osoba ta jest ciężko chora, ale udało się jej przespać noc bez ataku bólu, bez wymiotów. Zaciskasz mocniej powieki i myślisz: „Boże, niech ta noc się nie kończy, niech trwa, niech Słońce się zatrzyma, choć na chwilę…”. Myślisz tak, bo chociaż uwielbiasz światło, Słońce i dzień, to potwornie boisz się tego, co ten dzień przyniesie. Wiesz, że nic dobrego. Że skoro nie było wymiotów w nocy, to pewnie będą za dnia, że coś się może pogorszyć, że ktoś zadzwoni z jakąś złą wiadomością. To nie jest depresja ani pesymizm, tego nauczyło cię doświadczenie ostatnich kilkunastu miesięcy.I wiesz, że Słońce się nie zatrzyma, że dzień przetoczy się po tobie jak walec, miażdżąc i tak już wielokrotnie przemielone elementy w twojej psychice. Wtedy słyszysz miauczenie pod drzwiami. Drzwi do sypialni były zamknięte, bo mimo tego, że obydwoje kochacie te małe urwisy i wcześniej spędzały noc z wami, to sen z nimi, zwłaszcza kiedy wpadają w środku nocy na pomysł, żeby się gonić, dla chorej osoby jest niebezpieczny.
Słyszysz więc to miauczenie, nieustępliwe i niedające się zignorować. Uchylasz drzwi, łobuzy wpadają do sypialni. Mruczą, przytulają się. Lemmy domaga się jedzenia. Masz świadomość, że miseczki same się nie napełnią. Wstajesz więc po jakimś czasie. Zaczynasz coś robić. Na chwilę zapominasz o zbliżającym się walcu. Chwilowo wszystko jest w porządku.
Wielokrotnie rozmawialiśmy z Anią na ten temat. Bez tych małych urwisów, małych pocieszycieli, przetrwanie tych najcięższych chwil byłoby dużo trudniejsze.
Dlatego właśnie warto problem trzech miseczek odkrywać i rozwiązywać każdego ranka na nowo.Stron: 328

Więcej informacji o książce: https://problemtrzechmiseczek.pl/






Komentarze
Prześlij komentarz