Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie” (fragment)

Ostatnie rozdanie

Rozdział pierwszy
❞Rzeczy mają to do siebie, że lubią się zbierać, taka już natura rzeczy. W końcu nie wiadomo, kiedy ich się nazbiera, że każdy, chcąc nie chcąc, staje przed koniecznością zrobienia porządku, choćby z grubsza czy aby stworzyć przynajmniej pozory. No, może nie każdy. Zapewne jednak większość, gdy doliczyć także rzeszę tych, którzy jeśli nie mogą się na to zdobyć, postanawiają sobie, że kiedyś się zdobędą. Mają zatem coś w rodzaju poczucia winy wobec siebie, jak i wobec tych nazbieranych rzeczy.
Niejednemu na takim postanowieniu schodzi nieraz życie i jakkolwiek, na szczęście, to postanowienie zabiera z sobą do grobu, to, niestety, następcom swoim zostawia coś znacznie gorszego, bo całożyciowy nieporządek, skazując ich na błądzenie po omacku wśród tego, co zostawił, jeśli zostawił. Na przykład zostawił nieporządek w sprawach spadkowych, który będzie spadkobierców włóczył bez końca po sądach, doprowadzając najbardziej kochającą się rodzinę do takiej zapiekłości, że nie będą się chcieli znać.
Co prawda, historia nas poucza, że bywają o wiele groźniejsze porządki. Słowo porządek bowiem, gdy się nad nim zastanowić, jest na tyle pojemne i wieloznaczne, że wszystko się w nim zmieści. Do tego ma skłonność do rozprzestrzeniania się w nieskończoność, tak że może oznaczać również zamiar zrobienia porządku ze światem. A taki porządek budzi powszechny lęk. Historia jednak to za wysokie progi jak na ten mój notes. Chociaż kto wie, czy jakiegoś śladu lęku nie odnalazłoby się w każdym zamiarze zrobienia porządku. Wszystko ma przecież początek w przysłowiowej kropli wody, i kałuża, i ocean.
Weźmy takie fotografie, zbierają się i zbierają, zwłaszcza gdy ktoś lubi się fotografować, a któż nie lubi. To dzisiaj powszechna namiętność, rozbudzona przez dostępność aparatu fotograficznego, który jakby wyszedł naprzeciw narastającemu pragnieniu zatrzymania, chociażby na chwilę, upływającego życia, co jest przecież złudzeniem. Ale cóż lepiej niż fotografia podtrzymuje w nas takie złudzenia. Jeśli więc ktoś hołduje takim złudzeniom, powinien koniecznie od czasu do czasu zrobić porządek z fotografiami. Przede wszystkim podpisać na odwrocie, kto jest kto, od lewej ku prawej czy odwrotnie, kto w siedzącym rzędzie, kto w stojącym, gdy zdjęcie jest zbiorowe. I obowiązkowo zaznaczyć miejsce i datę. Także gdy na zdjęciu jest on sam. Niech nie liczy, że się będzie pamiętał. Będzie się pamiętał, dopóki będzie. I też nie jest pewne, czy będzie, bo z dawniejszymi zdjęciami i jego pamięć może sobie nie poradzić, czy to on aby na pewno. Bo cóż go z tym na zdjęciu, dajmy na to, niemowlęciem, dzieckiem czy młodzieńcem, tak niepodobnym teraz do niego, może łączyć? Nasz związek ze zdjęciami, zwłaszcza sprzed wielu lat, jest kwestią świadomości, nie czułości.
Zdjęcia niepodpisane z imienia, nazwiska, bez miejsca, daty zaprzeczają z czasem nie tylko pamięci, lecz także istnieniu tych, którzy na nich widnieją. Niby byli, bo przecież widzimy ich, lecz cóż z tego, skoro nie wiemy, kim byli, kiedy byli, więc nie jest takie pewne, że byli. Przyznaję, porządkowanie zdjęć należy do tych trudniejszych porządków, ponieważ dochodzi jeszcze to, że nie z każdym po latach, zwłaszcza po różnych zakrętach historii, chcielibyśmy się widzieć na jednym zdjęciu, tym bardziej w przyjaznych relacjach.
Ale także te najłatwiejsze porządki mogą nam przysporzyć niemało kłopotów. Takie buty, ubrania, zbierze się tego przez lata, że szafy pękają. Albo krawaty. Moda biegnie przez krawaty w przyspieszonym tempie. Były niedawno wąskie modne, już są modne szerokie czy odwrotnie. Były w kropki modne, teraz w paski. Kiedyś w ostrych kolorach, teraz przygaszonych czy też odwrotnie. I tak wiszą jeden na drugim, że już większość zatraciła pamięć, gdzie, kiedy, który i przy jakich okazjach, niechby najważniejszych, miało się na szyi. No tak, tylko że u podstaw każdego porządku leży decyzja, co zostawić, co wyrzucić. A to nie takie proste.
Powie ktoś, przesadzam. Być może. Czynię to jednak nie bez powodu. Aczkolwiek przyznaję, są i tacy, co wręcz kochają robić porządki i robiliby je jak najczęściej. U niektórych potrzeba robienia porządków przekracza często granice zdrowego rozsądku. Podejrzewam, że rekompensują jakieś niespełnienia lub też doraźne braki satysfakcji. Nie można jednak wykluczyć, że pozbywając się z taką łatwością nieprzydatnych rzeczy, nabierają poczucia przewagi nad otoczeniem, a być może i nad własnym życiem, któremu w inny sposób nie są w stanie sprostać.
Znam oczywiście i takich, którzy, mówiąc najoględniej, nie przepadają za porządkami i robią je niezwykle rzadko, jedynie w sytuacjach konieczności, a najczęściej nie robią wcale. Taka postawa ma również godne wyrozumienia przyczyny. Wynika ze szczególnie osobistego stosunku do rzeczy. Zżywając się z rzeczami, poddają im się, aż w końcu rzeczy narzucają im swoją osobowość, zwalniając ich z samych siebie. Rzeczy ustanawiają ich świat, tak że nie odczuwają oni potrzeby uczestniczenia jeszcze w innym świecie. Niekiedy takiemu związkowi z rzeczami zawdzięczają w ogóle poczucie istnienia.
Chociaż i te najzwyklejsze, codzienne porządki właśnie przez codzienną powtarzalność wyrabiają w nas rytm, który to rytm kieruje nami, jakby poza naszą wolą, chęcią czy pamięcią, tak że wydawałoby się, nic to nas już nie kosztuje. A jednak zdarza się, że nieoczekiwanie doznajemy dziwnego zakłócenia owego rytmu i zaczynamy odczuwać trudną do przezwyciężenia udrękę. I jeśli akurat zmywamy naczynia, najchętniej wytłuklibyśmy wszystkie talerze, talerzyki, spodeczki, filiżanki, szklanki, kieliszki, a garnki, patelnie, łyżki, noże, widelce powyrzucali.
Nie dajmy się więc zwieść zwyczajności, niesie z sobą takie samo ryzyko jak każdy porządek. Naturalnie, różne to może być ryzyko, w zależności od tego, co porządkujemy, bo to nie my, lecz porządkowane rzeczy określają stopień tego ryzyka. A z rzeczami nigdy nie wiadomo. Rzeczy potrafią się zbuntować, wywołując niekiedy nieprzewidywalne skutki. Siła tego buntu bywa nieraz taka, że poruszy całym naszym życiem, budząc nawet to, co wydawałoby się w nas już poza pamięcią.
Kto wie, czy nie tak właśnie jest i z tym moim notesem. Chociaż cóż taki notes? Rzecz praktyczna, potrzebna, żeby móc się poruszać między ludźmi, a nie po omacku. Więc gdzieś się musi ich zapisywać, skoro połączyły nas z nimi jakieś trwalsze czy mniej trwałe nici, czy choćby tylko przecięły się nasze drogi w ciągu życia, zwłaszcza jeśli to życie płynie już dość długo. Nade wszystko różni krewni, kuzyni. Każdy ma przecież jakichś krewnych, kuzynów, niektórzy licznych, mieszkających tu, tam, często rozrzuconych po świecie. A niechbyśmy utrzymywali z nimi jedynie sporadyczne, życzeniowo-świąteczne czy życzeniowo-imieninowo-urodzinowe kontakty, to ich imiona, nazwiska, adresy, telefony, zapisane w notesie, przypominają nam o tej najskromniejszej, żeby nie powiedzieć, rytualnej powinności, bez której zatracilibyśmy pewność, że to jeszcze krewni, kuzyni.
Albo weźmy przyjaciół. Tych co prawda ma się najmniej. Do tego w miarę upływu czasu wykruszają się, a nowi coraz rzadziej, z coraz większym trudem przybywają, jako że przyjaźń jest owocem wymagającym długiego dojrzewania, ta najtrwalsza rodzi się przeważnie w młodości, kiedy to jeszcze z radosną ufnością otwieramy się na ludzi, bo później narasta w nas nieufność, która prowadzi do wniosku, że prawdziwa przyjaźń powinna przechodzić próbę wieczności.
A znajomych? Tych zwykłych znajomych, których, wiadomo, ma się najwięcej. To od nich puchną nasze notesy, to oni powodują, że trzeba je potem opasywać gumą. Oczywiście, że w słowie znajomy mieści się nieskończona skala różnych znajomości, od takich, co zbliżają się ku przyjaźni, po dalszych i coraz dalszych, i całkiem dalekich, z którymi gdzieś tam kiedyś zetknęliśmy się w podróży, na urlopie w górach, nad morzem, w kraju, za granicą, gdziekolwiek, i mając nadzieję na trwałą znajomość, a może i na przyjaźń, jako że tli się w nas do samego końca ów płomyk tęsknoty za przyjaźnią, zapisaliśmy ich, a oni nas. Niestety, ta pełna nadziei znajomość nim zapuściła korzenie, uschła.
Czy takich, którzy stali się naszym znajomymi, żeby tak powiedzieć, jednorazowo. Zetknęła nas jakaś sprawa, kogo do kogo nieważne, a po jej załatwieniu czy niezałatwieniu nigdy już nie mieliśmy z sobą kontaktu. Czy wreszcie takich, których imiona, nazwiska, adresy, telefony, nie wiemy nawet, jak się znalazły w naszym notesie, co dowodziłoby, że nasza pamięć dawno ich się pozbyła. Lecz jakby na przekór pamięci, a może dla uzmysłowienia nam wyższości takiego notesu nad pamięcią i zachwiania wiarą, jaką zazwyczaj pokładamy w pamięci, zachował się ów ślad po nich na dowód, że mieli tam kiedyś, przelotny, bo przelotny, udział w naszym życiu. Tak że moglibyśmy się obejść bez tego. Rozsądek więc nakazywałby ich wyrzucić.
Tylko co to jest ów tak powszechnie zachwalany rozsądek? Rozsądek, na przykład, nakazuje mi wyrzucić z notesu umarłych, bo do czego mi oni? Tym bardziej że wciąż ich przybywa. Tylko, niestety, przyznając rację rozsądkowi, nie potrafię mu uczynić zadość. Niekiedy gdy natrafiam na kogoś takiego, a choćby od wielu lat nie żył, mam poczucie, że gdybym zdecydował się go wyrzucić, musiałbym się zmierzyć z jego życiem, które przeszło przez śmierć, a więc o tyle jest bogatsze od mojego. Moje, mógłbym powiedzieć, jest wciąż na dorobku. Czasem nawet mam wrażenie, że ci wszyscy umarli z mojego notesu chcą dalej doświadczać tego, czego ja doświadczam, że radują się moimi radościami, smucą moimi smutkami, płaczą moimi łzami. Dzięki temu wciąż żyją. Nie jest to takie nieprawdopodobne, gdyż jeśli chcemy czegoś od umarłych, a chcemy, to działa tu prawo wzajemności życia i śmierci. Czego my moglibyśmy od umarłych chcieć? O, to wystarczy wyobrazić sobie, że jesteśmy pozbawieni umarłych. Do kogo moglibyśmy się wówczas odwołać, gdy pobłądzimy w swoim życiu? Tak naprawdę umarli pracują na nas do końca naszych dni, a umierają dopiero wraz z nami. Potrzebujemy nieustannie ich obecności, aby nas dręczyli czy, lepiej, darzyli tym najtrudniejszym dla człowieka doświadczeniem, które jest dopiero przed nim, bliżej, dalej, lecz nie do uniknięcia, jako że poprzez ich śmierć uczymy się i własnego umierania.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko zawracanie głowy, bo taki notes to już przeżytek, kiedy mamy komputer, internet czy chociażby telefon komórkowy. Taki telefon komórkowy nie stwarza problemów ani z żywymi, ani z umarłymi. Tam człowiek to tylko informacja. Informacja zdezaktualizuje się, przyciskasz: usunąć? Usunięto. Jakby się odplunęło. Z notesem znacznie gorzej. Nawet gdy poprzebierasz, powyrzucasz, przepiszesz do nowego, to starego szkoda będzie ci spalić. Pomyślisz, a nuż się kiedyś przyda. Może pamięć twoja o kogoś się upomni i będziesz chciał zajrzeć, kto to był. Kogóż to skazałeś na niebyt? Może nie zasłużył na to? I zaczniesz zmuszać wyobraźnię, na ile to możliwe, aby odwołała go z niebytu.
Niechby to nawet nie był on pod tym imieniem, nazwiskiem, adresem, telefonem, nic ci nie mówiącymi. Nie da się przecież sprawdzić, on, nie on, bo jak? Wyobraźnia jest z natury niesprawdzalna. Toteż kogokolwiek by przywołała, byłby i tak w jego imieniu. Ale czy to taki rzadki przypadek, że ktoś jest w czyimś imieniu? Na dobrą sprawę każdy z nas jest w czyimś imieniu, kim nie jesteśmy, jesteśmy bowiem jedynie wyobrażeniami samych siebie. Do tego ciągle zmieniającymi się, w zależności od takich, innych okoliczności, zdarzeń, czasu, mody, konwencji czy nawet własnych kalkulacji. Jesteśmy nie do uchwycenia w jakiejś stałej formie.
Kto wie, może każdy byt, a tym bardziej człowiek jest z istoty wielobytem, konsekwencją tej niekończącej się mnogości wyobrażeń siebie.
Mówi się, co prawda, być sobą. Mówi się w zuchwałym przekonaniu o stałości naszego ja. Powtarza to każdy. Lecz być sobą tak naprawdę nic nie znaczy. Aby być sobą, trzeba być kimś, to znaczy wiedzieć, kim się jest. A jak możemy to ustalić, zagubieni wśród ciągle zmieniających się wyobrażeń siebie? Pragnienie poznania siebie jest tylko daremnym błądzeniem pośród tych wyobrażeń. Być może nawet czymś w rodzaju tęsknoty za sobą, rozpaczy za sobą, ale też ustawiczną ucieczką od siebie w nasze o sobie wyobrażenia.
Powie ktoś: a pamięć? Czyż nie jest strażnikiem naszego ja? Czyż nie zapewnia nam poczucia, że to my, nie kto inny? Czyż nie scala nas, nie nadaje nam znamienia? Otóż nie radziłbym ufać pamięci, jako że pamięć jest podległa naszej wyobraźni, więc nie może być wyrocznią prawdy o nas. Tak naprawdę kim jesteśmy, zawdzięczamy wyobraźni. A wyobraźnia nigdy nie idzie w parze z pamięcią, nie odróżnia prawdy od szaleństwa.
Nie mówiąc już, chociaż może się to wydać niedorzeczne, że nie mieścimy się we własnej pamięci. Pamięć jest nieledwie cząstką naszej przestrzeni. A jak rozległa to przestrzeń, nie wiemy. Czasem sny ujawniają nam jakiś jej skrawek, czasem objawia się w jakichś nieokreślonych przeczuciach, w przypływach, odpływach wiary, niewiary w sens, bezsens istnienia, w pragnieniach nie wiadomo czego, jakby tę naszą przestrzeń wyznaczał nieustający lęk. Przed czym? Każdy z pewnością pomyśli, przed śmiercią. Otóż nie. Tym nieustającym lękiem napawa nas to, że jesteśmy, a nie jesteśmy w stanie sprostać temu, że jesteśmy. Wielkie to brzemię sam dla siebie człowiek.
Stron: 448





Odszedł kolejny wielki człowiek...
OdpowiedzUsuń